Loading...
Holandia, kraj tulipanów i wiatraków. Choć tych pierwszych nie widzieliśmy wcale, a wiatraki spotykaliśmy sporadycznie i to bardziej w miastach aniżeli na polach.
Deszcz i wiatr, to atrakcje, które towarzyszyły nam podczas całego pobytu w Holandii. Pomimo, że tych akurat atrakcji mogło być mniej, to nikt z nas nie narzekał. Niezapomnianym przeżyciem była jazda rowerem autostradą. Przecież jakoś trzeba było jechać. Policjanci, którzy nas zatrzymali już na ścieżce rowerowej, byli bardzo wyrozumiali i po ustaleniu, że jesteśmy z Polski szybko udali się w swoją drogę, a my w swoją, czyli do Den Oever.
Raj dla rowerzystów okazał się faktycznie rajem, ale jadąc groblą z Zurychu do Den Oever, ów raj zamienił się w piekło.
Po dotarciu na miejsce powitały nas domki kempingowe załatwione przez nieocenionego Piotrka, który w takich sytuacjach odnajdywał się jako mistrz. Nazajutrz, scenariusz „aurowy” nie zmienił się i powitał nas od rana wspaniały deszcz.
Ruszyliśmy do Goudy samochodami niestety…Nocleg znaleźliśmy dopiero w miejscowości Delft, który okazał się urokliwym miasteczkiem z przepiękną starówką. Z Delft’u postanowiliśmy robić wypady do okolicznych miast. Przez kolejne dni mieszkając w namiotach zwiedziliśmy: Hagę, Rotterdam, Leiden i Scheveningen u wybrzeży morza Północnego. Oczywiście przez cały czas, ale z przerwami deszcz nie dawał o sobie zapomnieć i skrapiał nas od czasu do czasu, ale skutecznie.
Po trzech dniach ruszyliśmy w stronę stolicy Holandii - Amsterdamu. Po przybyciu na kemping, powitał nas no, kto? Chyba nie trudno zgadnąć…, oczywiście deszcz, który okazał się rzęsistą ulewą i zanim doszliśmy do recepcji (
Wspinając się na wyżyny zaradności, załatwiliśmy autobus, który zawiózł nas do miejsca, od którego mieliśmy już tylko
Rano zaraz po śniadaniu i po osuszeniu rowerów, nacisnęliśmy pedały i obraliśmy kierunek Amsterdam. Na szczęście towarzyszyło nam słońce. Chwilę staliśmy i patrzyliśmy na nie, nie mogąc się nadziwić, że je mamy. Na miejscu postanowiliśmy zwiedzić muzeum Van Gogha. Zrobiło wrażenie, zwłaszcza słynne Słoneczniki, które widzieliśmy na żywo pierwszy raz w życiu. Jedną z atrakcji dla zwiedzających byliśmy my sami, ponieważ jako jedyni ubrani w stroje rowerowe, to chyba dlatego. Holendrzy jeżdżą swoimi rowerami, które daleko odbiegają stanem technicznym od naszych. Nie widać jeszcze, ale słychać, że któryś z nich nadjeżdża, chrzęszcząc, piszcząc, stukając i niemiłosiernie hałasując. Tamtejsi rowerzyści ubiorem nie różnią się od pieszych, a stroje rowerowe nie przypominały naszych, ale cóż, widocznie tak lubią…
I to byłoby na tyle, siedem dni minęło jak z bicza strzelił. Rano rozpoczęliśmy pakowanie. Ok. 10:00 odpaliliśmy auta i obraliśmy azymut Szczecin. Po kilku uciążliwych korkach na trasie i 10 godzinach jazdy byliśmy w domach.
Opracował: Mirek Wiślicki